Doświadczenie zawodowe - Wojtek Pąkowski homepage

 

 

biogwojtekpakowski.jpg teksty_krytyczne-pusty.jpg teksty_krytyczne-pusty.jpg teksty_krytyczne.jpg bioghome1.jpg

 

/pytanie/ - Jeśli chodzi o efekt końcowy, czyli o obraz, to mam wrażenie, że grafika i malarstwo stopiły się u ciebie w jedno, a przynajmniej w bardzo bliskie sobie formy.
           - Zgadzam się, to był mój cel właściwie zawsze, ale od jakiegoś czasu już nie określam go, on już jakby się spełniał i w tym momencie przestał być dla mnie punktem zainteresowania. To się po prostu udało, to się stało i dzieje, jako współzależny proces, polegający na przechodzeniu jednej techniki w drugą, przy czym chyba grafika bardziej pociągnęła w stronę malarstwa, niż na odwrót.
           /pyt./ - Wydaje się, że twój warsztat graficzny czekał na rękę malarza, przy czym tajniki warsztatowe ci pozostały - robisz klasyczną grafikę, trawisz, odbijasz...
           - Tajniki warsztatowe z pola graficznego są bardzo ważne i bardzo przydatne w malarstwie. Odbitka jest dla mnie już wtórną rzeczą, choć efekt końcowy musi być satysfakcjonujący. Ale najciekawszy jest sam proces powstawania, koncentracja podczas pracy, uczestniczenie w wyłanianiu się formy, samo wyczarowywanie tej formy w surowej technologii, stricte chemicznej. Musi to być medium podporządkowane temu, co chcesz uzyskać, ale zarazem nie możesz spekulować, czyli musisz być tej technologii tak nauczony, mieć ją tak opanowaną, jak język ojczysty. Piękno pracy graficznej polega właśnie między innymi na tym śladzie technicznym, na skrobaniu, jakby oczyszczaniu tego surowego, chemicznego trawienia płyty. Sporo jest też u mnie materii malarskiej, pojawiającej się podczas odbijania płyty, ale to już szczegóły interesujące raczej tylko specjalistów tej dziedziny. Poza tym, oczywiście, nie wszyscy jesteśmy kabotynami, w tym procesie, który sam w sobie jest dla mnie fenomenem, materializuje się także jednocześnie pewna energia, stan ducha, emocje i myśli.
           /pyt/ - W ogromnym zbiorze, jaki teraz prezentujesz publiczności w Warszawie, zaskakujące są twoje kilkucentymetrowe miniaturki. Jakby robił je nie ten sam autor, spod którego ręki wychodzą duże, śmiałe, pełne ekspresji formaty? Może to próba skrajnego warsztatu?
           - Cieszę się, że to zauważyłeś. Kiedyś tak może było, to znaczy próbowałem sobie takie zadania narzucać. A teraz jakoś spontanicznie mi to wychodzi. W tych miniaturkach jest notatka pewnego gestu, czasami powstająca niezależnie, a czasami będąca próbą sprawdzenia pomysłu, idei dużej kompozycji w maleńkim formacie. Ja się zresztą dobrze czuję zarówno w dużych rzeczach, jak i w miniaturkach. Nie rozumiem średniactwa, standardowy format 70 cm na 100 w ogóle ogranicza mnie w obie strony, nie mieszczę się po prostu gestem narzędzia w takim średnim, standardowym formacie. Albo jest to narzędzie małe, dostosowane do skali miniaturki, albo moje duże, ulubione, odpowiednie do większych formatów, w których dobrze się czuję. Po wielu doświadczeniach zrobiłem się bardziej spontaniczny, nie spekuluję efektu zawczasu, bardziej ufam swojemu instynktowi, swojej energii.  

 
biogszary.jpg

biogszary.jpg

 
biogszary.jpg